Bruksela, czekolada belgijska

społecznie

Zanim wybiorę, chcę o nim wiedzieć jak najwięcej

Ze świadomym kupowaniem jedzenia (ej, a myśleliście, że o czym będzie ten wpis?!) jest jak z niemieszaniem różnych trunków w sobotni wieczór spędzany na mieście. Trudno odmówić takiej postawie słuszności.

Chwila refleksji przed sklepową półką

Jeśli chodzi o mnie, to co prawda nie analizuję każdego wymienionego na opakowaniu składnika, ale od kilku dobrych lat staram się kierować naprzemiennie kilkoma stałymi zasadami:

  • czy tych składników jest nie więcej niż 10,
  • czy znałaby je wszystkie moja babcia oraz
  • czy wszystkich bym się spodziewała w danym produkcie (co oznacza, że odkładam z powrotem na półkę szynkę drobiową zawierającą mięso wieprzowe).

Czasami sięgam też po smarfonową aplikację E-food. Po zeskanowaniu kodu wyświetlane są informacje na temat produktu (czy na przykład zawiera substancje alergenne albo wskazuje najlepszy sposób przechowywania). Można także dowiedzieć się szczegółów na temat konkretnych składników wpisując ich nazwę w wyszukiwarkę.

Chodzi o to, że nie chcę być nabierana poprzez wykorzystanie mojej nieuwagi czy braku czujności. Tym bardziej że wciąż mam w głowie słowa pewnego sprzedawcy, u którego kilka lat temu kupowałam auto w komisie. Sprzedawca po dobiciu targu przyznał szczerze, że to żaden problem sprzedać auto (nie wiem, nigdy nie próbowałam). Sztuką jest sprawić, by zadowolony klient wrócił.

Zawiera – a jednak nie zawiera

Odnoszę wrażenie, że produktów i producentów spożywczych z każdym rokiem przybywa. Świadomych konsumentów z pewnością również. Ci jednak potrzebują rzetelnej informacji, by mieli poczucie, że nie jest marnowany ich czas i są traktowani poważnie. Tym większe ma to znaczenie gdy weźmie się pod uwagę fakt, że współczesna masowa produkcja wiąże się niekiedy z niezbyt chlubnymi praktykami.

Zostawmy w spokoju macdonaldsy, parówki czy inne mieszanki jedzeniowe. Strzelę od razy z grubej rury – chcę zwrócić uwagę na GMO.

Zdania na jego temat są podzielone i chyba długo takie pozostaną.Wiedząc jednak, że w Unii Europejskiej żywność zawierająca poniżej 0,9% GMO nie musi być w specjalny sposób oznaczona, bo w świetle prawa jednak nie zawiera GMO, wolałabym mieć pewność co kupuję i jem. Podoba mi się – i trochę już się z nią zaznajomiłam – idea oznaczania produktów spożywczych (na przykład poprzez zamieszczenie zielonego listka gdzieś na opakowaniu), za pośrednictwem czego konsumenci byliby informowani, że produkt nie zawiera GMO. Kto będzie chciał, zwróci na to uwagę podczas zakupów. Na całą resztę nie musi to wpłynąć podczas wyboru przed sklepową półką.

Taki system to nie nowość. Korzystają już z niego m.in. Niemcy, Austriacy oraz Francuzi.

U nas też może być lepiej

Istnieje organizacja pozarządowa, Instytut Spraw Obywatelskich, która od jakiegoś czasu dąży do wprowadzenia takiego systemu w naszym kraju (czy mówi Ci coś hasło Tiry na tory? A Obywatele decydują? To właśnie oni za tym stoją). Niedawno ruszyła ich nowa kampania społeczna w Internecie, do udziału w której zaprosili Aleksandrę Szwed. Nie to jest jednak najważniejsze KTO przemawia w spocie, lecz CO. Zbierane są podpisy pod petycja, jako jeden z etapów na drodze do wprowadzenia systemu znakowania. Poza tym na ich stronie – link jest na końcu filmiku – jest mnóstwo informacji związanych z GMO oraz ich działaniami na rzecz wprowadzenia jednolitego systemu informacji o genetycznych modyfikacjach w produktach spożywczych i paszach.

Podpiszesz? Cała resztę zrobią już w Twoim imieniu ludzie z Inspro.