centrum Melbourne, podróż życia

podróżniczo rodzicielsko

Już mnie nie przekonasz, że nie można

Wróciliśmy z podróży. Bardzo dalekiej. Właściwie najdalszej w dotychczasowym życiu. Wybraliśmy się „pomimo”, „na przekór”, a może i „komuś na złość”. I chyba dobrze na tym wyszliśmy.

Australia była marzeniem mężem od dawna. Był na bieżąco z cenami biletów lotniczych, wiedział które miejsca w pierwszej kolejności chciałby zobaczy, zapewniał mnie, że byłby gotowy nawet do przeprowadzki do Melbourne, którym od początku był oczarowany..

Głębokość jego uczuć była znaczna, a więc jako przykładnej żonie nie wolno mi było tego lekceważyć.

Początki chyba każdego wielkiego planu są podobne

Wyobrażanie sobie realizacji tego pierwszego na liście marzeń punktu daje wielką frajdę. Myślisz sobie, że DOPIERO WTEDY będziesz szczęśliwy. Nie dopuszczasz do siebie myśli, że może się nie udać. Ale to jednak PRZYSZŁOŚĆ. Bez daty, bez ustalonych konkretnych etapów jego osiągnięcia. Sztuką i Twoim zwycięstwem jest nie przegapić momentu, gdy z jakiegoś względu realizacja marzenia będzie w danym momencie łatwiejsza niż tydzień albo miesiąc później. Nazwij to jak chcesz: sprzyjający układ gwiazd, pomyślne wiatry, łaskawy los. Zrób krok, po którym nie ma odwrotu – kup bilet, zagadaj, zapisz się na kurs, zacznij dietę dzisiaj, a nie od poniedziałku. Potem będzie aż głupio się wycofać. I dobrze – bo już jesteś krok do przodu, bliżej.

Tak było i u nas.

Zatem KIEDY lecimy do Australii?

Zaczęliśmy ostrożnie. Niech nam pozwolą tam w ogóle wjechać – pomyśleliśmy, przeszukując Internet w poszukiwaniu procedury wizowej. Łatwość, z jaką otrzymaliśmy odpowiednią dla nas zgodę na wjazd (do jej otrzymania wystarczy tylko paszport, Internet i poczta elektroniczna. Aha. Przyda się też ktoś znający język angielski) wręcz nas zawstydziła, bo wiza czekała na skrzynce pocztowej chyba już po dwóch tygodniach od naszego zgłoszenia się po nią.

Wtedy już naprawdę nie wypadało się wycofywać. Bilety – mimo początkowych samodzielnych starań – ostatecznie kupiliśmy w biurze podróży (także przez Internet). Ustaliliśmy, że kilka dni zostaniemy w Melbourne, a przez pozostały czas z trwającego w sumie trzy tygodnie wyjazdu będziemy poznawać południowo-wschodnią Australię podróżując camperem.

Bezdyskusyjnie córka miała lecieć z nami. A że jeszcze nie skończyła dwóch lat, za cały jej udział w podróży zapłaciliśmy niewielki procent ogólnych wydatków. Swoją drogą, zabieranie tak małego dziecka w tak daleką podróż to także temat-rzeka. Nam się wszystko udało. Nie miałam jako matka przeświadczenia, że wystawiam ją na przesadny wysiłek, coś jej się nie podoba lub że coś jej odbieram. Wręcz przeciwnie – ciągła zmiana otoczenia nie odbierała jej dobrego humoru, bardzo polubiła samochód, którym się poruszaliśmy, jedzenie smakowało, a otaczająca przyroda interesowała. Miała przy sobie rodziców, ukochanego misia i mleka pod dostatkiem, więc różnice w dotychczasowym jej życiu, które nastąpiły, nie wydawały się nam dla niej istotne.

Nic nas nie ugryzło

Interior nie był obiektem naszego zainteresowania podczas tego wyjazdu. Poruszaliśmy się po w miarę zurbanizowanych jak na Australię terenach, codziennie mieliśmy dostęp do sklepów, staraliśmy się nocować na zorganizowanych kempingach (trzy razy nie zdążyliśmy), zobowiązani przez firmę, która wypożyczyła nam auto, nie zbaczaliśmy na nieutwardzane drogi.

Choć ostrzeżenia były wszędzie i z różnorodnych źródeł, natura australijska była dla nas łaskawa. Kangury i jaszczurki okazały się raczej płochliwe, koale zaspane, pingwinom nie przeszkadzało raczej nasze towarzystwo, aligatory i węże nie pokazały się nam wcale. Tylko muchy – ale to chyba taka już niestety ich natura niezależnie od szerokości geograficznej – były natrętne, a (na szczęście tylko malutkie) pająki wychodziły z dziupli albo rogu łazienki. I jeszcze papugi: jakże szczęśliwym musi być człowiek, dla którego ptakiem miejskim jest stworzenie intensywnie kolorowe i wesoło skrzeczące. A więc ani trochę coś takiego jak gołąb.

Sami mieszkańcy Australii są pogodni, wyluzowani (oni tam w Melbourne pływają kajakami w centrum miasta!) i bardzo pomocni. Czyli dokładnie tacy, jak opisują ich wszystkie poradniki i książki. Wielokrotnie bezinteresownie nam pomagano i życzliwie zagadywano. Czuliśmy się bezpiecznie, nawet podczas nocy spędzonej na pustym parkingu przy plaży.

A więc można

Można spełnić marzenie (które szybko stało się także moim) i wyjechać na drugi koniec świata, organizując wszystko w pół roku. Można wyjechać w daleką podróż z małym dzieckiem. Można uciec choć na chwilę od zimna i skracającego się dnia. Wystarczy przekonanie o powodzeniu i kilka chwil spędzonych w skupieniu na rozważnych przygotowaniach.

Polecam. A tymczasem już szykuję się do spełnienia kolejnego pomysłu.

P.S. Chcesz zobaczyć, jak było w tej Australii? Możesz to zrobić na Instagramie.